poniedziałek, 30 maja 2016

To jest trudne



List akurat z tamtego wydziału zdumiał mnie nieco, bo prawie nigdy nie otrzymywałem stamtąd korespondencji. Może przytoczę go w całości, żebyście i wy wiedzieli, o co chodzi.

Szanowny Panie Boże!
Zapewne zaskakuje Pana list z tego właśnie wydziału, ale dręczy mnie jednak pewien dylemat i nie mam się kogo poradzić. Ufny w Pańską mądrość i miłość ojcowską pewien jestem, że będzie Pan w stanie mi pomóc.

Dosyć czasu już zmarnowałem, więc przejdę do rzeczy. Otóż jak Pan wie tutaj, gdzie się obecnie znajduję, w sposób losowy są nam, przyszłym ludziom, przydzielane zdolności, które mamy wykazywać za ziemskiego życia. Mnie- nie mam pojęcia, czy fortunnie, czy nie - wszczepiono umiejętności, jak to określono, humanistyczne: talent literacki, językowy, władanie piórem, dar wymowy, chęć do zgłębiania historii, literatury i polityki. Wszyscy moi współtowarzysze obdarzeni ścisłymi umysłami, już dawno przyszli na świat, a ja ciągle dumam: rodzić się czy się nie rodzić? Pozostawiono mi bowiem wybór sugerując, że lepiej tego nie robić i obrzydzając mi moje zdolności. Bardzo proszę o odpowiedź na pytanie: Czy warto rodzić się humanistą?

Z poważaniem Wobec Pana Wyłącznie Pył Marny”

Mój drogi wobec Mnie wyłącznie pyle marny, odpowiadam z całą stanowczością- nie, nie warto rodzić się humanistą. Moja troska ojcowska zmusza mnie do poproszenia Cię o to, abyś pozostał tutaj i nie wybierał się na świat. Powody są dwa.

Pierwszy: wspomniałeś, że obrzydzono Ci Twoje zdolności. Jeśli już teraz to Tobą wstrząsnęło to naprawdę nie masz po co pchać się na ziemię. Tam, odkąd staniesz się wyrostkiem, wysłuchiwał będziesz peanów na cześć politechnik, różnych maści i ras inżynierii, jak również matematyki, fizyki - no, ogólnie pojętych nauk ścisłych.

Dobry chłopiec, do mat- fizu idzie”- tym hasłem zachęca się przyszłych adeptów kierunków technicznych. „Human?”, skrzywi się matka i nie będzie musiała dodawać niczego więcej. Jej rozczarowanie i grymas na buzi wyrazi wszystko. Wszystko, czyli: „Zawiodłeś nas, synu, co ty najlepszego robisz, chcesz swoich rodziców dobrodziejów o zawał przyprawić. Nie, nie, nie, jeszcze masz szansę polubić matematykę”. Nim dociągniesz do klasy maturalnej będziesz wiedział, że jesteś absolutnie do niczego, że Pytia już Ci wyprorokowała etat w McDonald’s, że co z tego, iż bardzo ładnie piszesz i produkujesz epokowe refleksje skoro w tym samym czasie mógłbyś całki lub też macierze poćwiczyć.

Druga rzecz łączy się z tą pierwszą, a zmieszane ze sobą mogą dać przykre konsekwencje. Bycia humanistą nie da się oddzielić od bycia wrażliwym. Wierz mi  i wierzcie wszyscy, którzy tego słuchacie. Humanista to ktoś, kto odczuwa świat trochę intensywniej, głębiej, dostrzega więcej walorów i detali. Z jednej strony to piękne, z drugiej- wystawia go na krytykę. Potrafi wtedy godzinami przeżywać problemy, popłakiwać, zaś presji poważniejszych kłopotów po prostu nie wytrzymuje. Pamiętam taką osobę. Zapomniałem, jak miała na imię, ale była młoda, wysoka, szczupła, miała śliczne czarne włosy, które powiewały na wietrze, jak romantykowi. I on nie zniósł presji fundowanej przez media, memy, rodziców, koleżków, fora i skończył ze sobą.
Tak,  wiem, że należałoby to wszystko zmienić, ale to trudne. Potrzeba do tego wręcz boskiej mocy. Tak właśnie- mocy, a ja ostatnio trochę słabiej się czuję.

Marta Pawlikowska

Indywidualizm w mniejszości



Szkolne życie to dla większości monotonia. Wstajesz, idziesz do szkoły, a na lekcjach siedzisz cicho czekając na dzwonek. Przerwa właściwie nie jest lepsza. Tylko po to, żeby nie popełnić towarzyskiego samobójstwa decydujesz się na wysłuchiwanie gorących ploteczek, które tak naprawdę wcale cię nie interesują. Nic na to nie możesz poradzić, bo bez towarzystwa jesteś tylko jednostką skazaną na porażkę. Dobrowolnie współtworzysz bandę klonów, wyglądacie tak samo, mówicie w ten sam sposób i boicie się społecznego wykluczenia.
Na szczęście jest jeszcze mniejszość, która nie przejmuje się opinią publiczną i dzięki której cała społeczność szkolna nie wygląda jak armia robotów specjalnie zaprogramowana do niewyróżniania się.
Indywidualizm wśród młodzieży bywa trudny. Zdarza się, że nawet między młodymi ludźmi znajdzie się konserwatysta, który nie poprze nietypowego koloru włosów czy dosadnie powie ci, co sądzi o twoim osobliwym stylu. Poglądy są różne, jednak niektórym przydałoby się nieco więcej tolerancji i otwartości. Bycie małomównym obserwatorem nie sprawia, że jesteś gorszy, czasem może nawet sprawić, że otacza cię tajemnicza aura, którą wielu chciałoby mieć. Niestety nie ma co liczyć na to, że w najbliższym czasie ludzie przestaną dawać znak równości między słowami: „gorszy” i „inny”.  Nie znaczy to jednak, że całkowicie powinniśmy utracić wiarę i zwątpić w dzisiejszą młodzież. Przyjdzie czas, kiedy wielu zorientuje się ile czasu stracili na obserwowanie i śledzenie życia innych w czasie, w którym sami mogli się rozwijać.

Rozalia  Romanyk 1a

niedziela, 29 maja 2016

Przypowieść o Szymonie - tym niegościnnym

     W roku miłosierdzia papież Franciszek zaprasza wierzących do pochylenia się nad tajemnicą Boga, który swą wszechmoc ukazuje w łasce miłosierdzia. Jedną z pierwszych przypowieści, która uchyla nieco owej tajemnicy, jest przypowieść o uczcie w domu faryzeusza Szymona, zapisana w Ewangelii wg św. Łukasza. (Łk 7,36-50).
    Jezus zostaje zaproszony do domu faryzeusza. To w jakiś sposób burzy pewien stereotyp, że bywał w domach tylko tych, którzy uważani byli za grzeszników: Zacheusza, Mateusza. Jezus przyjmuje zaproszenie także do domu faryzeusza Szymona. 
      Faryzeusz Szymon. Co skłoniło go, by zaprosić Jezusa do domu, a zatem zaprosić do szczególnej bliskości?  Nie tylko do domu, ale także do stołu, na posiłek. Raczej trudno uznać, że Szymon kieruje się dobrymi intencjami. Ma już wyrobione zdanie o Jezusie. Mimo zaproszenia pomiędzy nim a Gościem istnieje bariera – stół. Szymon nie wita swojego gościa. Nie ma żadnej serdeczności. Obserwuje. Dalsze wydarzenia z uczty w domu faryzeusza pokazują, że zaproszenie było raczej sprytnie zastawioną pułapką, której celem było skompromitowanie rzekomego Nauczyciela z Nazaretu. A mimo takiego nastawienia Szymona Jezus nie rezygnuje z zaproszenia. To pierwsze wskazanie dla wierzących. Być otwartym na drugiego człowieka. Nie zamykać się w swoim środowisku. Jezus przyjmuje zaproszenie ze strony Szymona, który należy do stronnictwa, które podważa Jego autorytet. Przyjmuje zaproszenie jako Człowiek wolny, którego nie krępuje ludzka opinia, osądy. 
     Już pierwszy moment pobytu w domu Szymona jest upokorzeniem Jezusa. Nie jest oczekiwany, nie zostaje przywitany czy poprowadzony do stołu. Nie zostaje Mu podana woda do obmycia. To wszystko pokazuje, że Szymon patrzy na swojego gościa z góry, nie okazuje należnego Gościowi szacunku. Jezus się nie zraża. Mimo braku gościnności nie wycofuje się, zasiada do stołu. Jezus pozwala się upokorzyć. To takie trudne schować własną dumę do kieszeni. A Bóg się nie zraża impertynencją człowieka. 

Na scenie w domu faryzeusza pojawia się nowa osoba. Jawnogrzesznica, którą wszyscy znali. Można się zastanawiać, czy to kolejny etap prowokacji ze strony Szymona, której celem jest odebranie Jezusowi autorytetu nauczyciela i proroka. Jeżeli tak, Szymon musiał co najmniej wyrazić zgodę, by owa kobieta weszła pod jego dach. Zdaje się to sugerować sposób myślenia Szymona: gdyby On był prorokiem… Niemniej jednak można uznać, że Szymon wykorzystuje sytuację, która się zdarzyła. Oto kolejna sposobność zdyskredytowania rzekomego Mistrza sama wchodzi w ręce. Kobieta podchodzi i dotyka Jezusa. Wywołuje to dezaprobatę, zgorszenie Szymona. W domu Szymona zapachniało skandalem. Jezus powinien ją natychmiast odrzucić, jeżeli chce uratować swój autorytet. A Jezus ze spokojem przyjmuje jej dotknięcie. Kobieta nie ma imienia. Bóg jest dyskretny. Nie napiętnuje grzesznika, nie pokazuje go palcem. Nawet wielki grzesznik ma prawo do traktowania go z godnością. Jezus widzi w kobiecie osobę, która potrzebuje miłości, przebaczenia i pokoju. Widzi jej wewnętrzne rozdarcie, pogardę, z jaką na co dzień musi się spotykać i pragnienie, by ktoś zobaczył w niej człowieka. To kolejne zaproszenie dla wierzących na rok miłosierdzia: zrewidować nasze podejście do pewnych osób, grup, którym odmawiane jest prawo zbliżenia się do Jezusa. Gdzie, jeśli nie we wspólnocie wierzących, będą mogli usłyszeć słowa, które pozwolą im zobaczyć, że są również dziećmi Bożymi? Kiedy będą mogli się dowiedzieć, że Bóg jest także dla tych, którzy są wykluczeni ze społeczeństwa?  Kto im powie o otwartości Jezusa dla każdego człowieka? Jezus nie napiętnuje. 

Jawnogrzesznica jest znana Szymonowi. Może potrafi ją łatwo „sklasyfikować” ze względu na strój, sposób bycia. Identyfikacja nie sprawia problemu. Uczta była przygotowana, jest wielu gości siedzących przy stole. Kompromitacja Jezusa jest gotowa. On też ma pełną świadomość tego, kto Go dotyka. Grzech nie jest ukryty. Został nazwany po imieniu. 
Ona zna Jezusa. Bez problemu wybiera właśnie Jego spośród wielu gości siedzących przy stole. Przyszła tu właśnie ze względu na Niego. Przygotowała się do spotkania. Ona nie pojawiła się przypadkiem. Nikt nie nosi ze sobą alabastrowego flakonika olejku. Taki flakonik kosztował majątek. Musiała zaangażować cały swój spryt i odwagę, może jakieś znajomości, by wejść pod dach faryzeusza. 

Podchodzi do Jezusa. Dla Niego tutaj przyszła. Ona zna swoje miejsce. Staje u nóg Jezusa. To wyraz szacunku i wyraz gotowości do działania. Nie chce tracić czasu. Rozbija alabastrowy flakonik. To jedyny sposób, by wydobyć zamknięty w nim olejek. Drogi flakonik już nie odzyskania. Pozostają skorupy. To rozbicie flakonika to wyraz pragnienia, by zerwać z dawnym życiem. Wyjść ze skorupy, która zniewala. Może to była piękna i droga skorupa, ale więzi człowieka.  Ona uznaje swój grzech i swój żal. Łzy spływają obficie, skoro trzeba je obcierać włosami. Ufa Jezusowi, On może jej przebaczyć. To wielki wyraz zaufania. Nieważne, co inni sobie myślą – liczy się On. Jezus odpowiada na jej zaufanie – jej grzechy zostają odpuszczone. Ale najpierw pozwala się jej wypowiedzieć, wyrazić cały swój żal i pragnienie przebaczenia. Daje jej czas. Nie śpieszy się. 

Podejmuje natomiast dialog z Szymonem, gospodarzem przyjęcia. Nie zraża się tym, że Szymon już dokonał sądu i nad tą kobietą, i nad Nim. Podejmuje rozmowę. Nie odrzuca Szymona, nie zraża się jego złym nastawieniem. 

Jezus zaczyna rozmowę w sposób właściwy dla ludzi wschodu. Opowiada zagadkę, na którą Szymon musi znaleźć odpowiedź. Zwraca się do Szymona po imieniu, tym samym skracając dystans, jaki ustawił faryzeusz w ich relacji. Szymonie, mam ci coś do powiedzenia. Szymon wyraża zgodę. Czy przeważyła w nim ciekawość wobec kogoś, kogo już osądził? Jest ostrożny w odpowiedzi. Chociaż nie uważa Jezusa za proroka, uznaje Go za inteligentnego rozmówcę. Konkluzja dialogu jest jedna: wdzięczność jest odpowiedzią na darowany dług. To okazanie wdzięczności jest potwierdzeniem prawdziwości nawrócenia. 

Patrząc na postać i zachowanie jawnogrzesznicy można popatrzeć na nasze zaufanie wobec Boga, wobec Jego miłosierdzia. Ona potrafiła uwierzyć, że On może odpuścić jej grzech i zostało jej darowane. Zaufanie jest warunkiem uzyskania przebaczenia. Odpowiedzią na darowany grzech jest miłość. Zaufanie nie jest postawą łatwą. Trudne jest też uznanie siebie za dłużnika – grzesznika. Niektórym trudno jest przyjąć dar przebaczenia i odpowiedzieć na przebaczenie wdzięcznością. Czują się uniżeni. Traktują darowanie grzechu jako zobowiązanie, które trzeba spłacić. Wówczas trudno o wdzięczność. Trzeba uznać, że nie jesteśmy w stanie wynagrodzić Bogu darowanego grzechu. Jedyna możliwość, to wdzięczność za otrzymany dar i wzrost w miłości. Bóg kieruje się wobec nas miłosierdziem, kiedy uznajemy swój grzech i ufamy, że On może go nam odpuścić. 

Jawnogrzesznica skorzystała z szansy, jaką dało jej spotkanie z Jezusem. Szymon, który upokorzył Jezusa, sam został upokorzony. Na publiczne upokorzenie Jezus odpowiada publicznym napomnieniem, wyrzucając mu brak gościnności. Patrzę jednak na Szymona z nadzieją. To była dla niego bolesna lekcja, ale być może ziarno, które zostało zasiane w jego sercu poprzez spotkanie z Jezusem, przyniosło kiedyś owoc. Bóg jest cierpliwy wobec człowieka. Daje czas. Bez względu na to, z jaką intencją Szymon zaprosił Jezusa, spotkanie musiało naruszyć w jakiś sposób jego spojrzenie na Mistrza z Nazaretu, na Boga i na drugiego człowieka. Może już nie osądzał drugiego tak łatwo, jak miało to miejsce wobec kobiety. Całe wydarzenie musiało również zmusić go do postawienia sobie pytania o obraz Boga, jaki nosił. Ten, który miał, wskazywał na Boga dalekiego, Boga, któremu należy się kult, rytuał i forma. Jezus ukazuje inny obraz Boga. Jest Bogiem bliskim, który pozwala podejść do siebie każdemu człowiekowi, nawet bez zachowania odpowiednich form i rytuału (jawnogrzesznica).  Szymon otrzymał bolesną lekcję, ale może potrzebował czasu, by zaufać miłosierdziu. 

o. Edward Kryściak SP

Pierwsza publikacja w Kwartalniku e-espe: tutaj

wtorek, 10 maja 2016

O jeden wymiar za daleko?

Nudzą Cię, Czytelniku, twoje trzy wymiary? Trafiłeś na dobrą książkę. Poznaj, proszę, Kwadrat. Opowie ci on o swoim dwuwymiarowym świecie, zwanym Flatlandią czy też Światem Płaszczyzny.

„Oskar i pani Róża”


„Oskar i pani Róża” jest to niezwykłą książka napisana przez Érica- Emmanuela Schmitta, który na łamach swej powieści przedstawił historię dziesięcioletniego chłopca imieniem Oskar. Poznajemy go w szpitalnej sali, gdzie chłopiec powoli przegrywa walkę z białaczką. Wszystkie próby leczenia dziecka, spełzły na niczym. Medycyna pozostała bezradna i jedyne, co mogą zrobić najbliżsi Oskara, to czekać na jego odejście. Główny bohater również zdaje sobie sprawę z tego, że nie będzie mu dane żyć długo i szczęśliwie. Na szczęście w tych ostatnich dniach chłopca towarzyszyła mu tytułowa pani Róża, która w pewnym sensie odmieniła życie dziesięciolatka.

             „Oskar i pani Róża” jest to historia, po przeczytaniu której po prostu nie można pozostać obojętnym. Pomimo tego, że właściwie od samego początku zdajemy sobie sprawę z ciężkiej sytuacji chłopca, znamy zdanie lekarza, wiemy, że wszystkie próby wyleczenia go nie powiodły się, to jednak z całego serca kibicujemy mu. Mamy nadzieję, że może jednak uda mu się przezwyciężyć chorobę. Wiemy bowiem, że gdy medycyna zawodzi , pozostaje jeszcze wiara i modlitwa. Pomimo tej nadziei na szczęśliwe zakończenie, czytelnik wie, że śmierć Oskara ma być pewną lekcją dla nas. Autor wykorzystując niezwykle ciekawy zabieg, przedstawił nam całe życie człowieka w ciągu jedenastu dni życia chłopca. Doskonale unaocznił nam każdy etap, przez który przechodzimy. Wszystkie zwątpienia, kłopoty, plany, nadzieje, które ostatecznie  prowadzą nas do śmierci. Również forma książki jest niezwykle oryginalna i tworzy niepowtarzalny klimat. Całą historię bowiem, poznajemy dzięki listom Oskara do Boga, które pisze za namową cioci Róży. Opowiada w nich o wszystkim co wydarzyło się w ciągu każdego dnia. Dodatkowo, na końcu każdego listu, prosi Go o jakąś przysługę dla siebie bądź innych. Zdaje sobie jednak sprawę, że jego życzenia nie mogą dotyczyć rzeczy materialnych, tylko tych duchowych, w których Bóg „się specjalizuje”.  Dzięki tej powieści możemy zastanowić się nad tym, jak wykorzystujemy swoje życie. Czy je szanujemy, że dbamy o nie, czy doceniamy, co jest nam dane? Jak określił to autor ...życie to taki dziwny prezent. Na początku się je przecenia: sądzi się, że dostało się życie wieczne. Potem się go nie docenia, uważa się, że jest do chrzanu, za krótkie, chciałoby się niemal je odrzucić. W końcu kojarzy się, że to nie był prezent, ale jedynie pożyczka. I próbuje się na nie zasłużyć.” 
          Oprócz sfery duchowej, tych schowanych między wersami przesłań, jakie kieruje do nas autor, pozostają jeszcze te problemy przyziemne, z którymi na co dzień przychodzi się nam zmagać. Chodzi tu bowiem o chorobę u małego dziecka. Często zastanawiamy się, gdzie jest Bóg kiedy umierają niewinne istoty? Dlaczego taka tragedia dotyka tych, którzy nie zdążyli w swoim życiu nawet zgrzeszyć? To są pytania, na które bardzo trudno jest znaleźć odpowiedź i moim zdaniem autor również nie potrafi tego zrobić. Przedstawił on nie tylko chorobę Oskara, ale i również ogrom tragedii jaka dotknęła jego rodziców. Nie wiedzieli oni, jak pożegnać się z ukochanym synem. Jak postępować w jego obecności, jak z nim rozmawiać. Zagubili się w tym życiu, które tak okrutnie ich ukarało. Pewnie obwiniali się o to, co spotkało ich dziecko, uważali się za winnych. Nikt bowiem nigdy, nie będzie w stanie przygotować się na śmierć bliskiej osoby.
          Uważam, że ta książka jest jedną z najlepszych, jakie kiedykolwiek czytałam. Pomimo niedużej objętości powieści, autor przekazał bardzo dużo treści. Zostawił nam przestrzeń na zadawanie pytań, własne przemyślenia. Nie narzucał, jak powinniśmy interpretować jego dzieło. Jednak to, co najbardziej zapadło mi w pamięć i utwierdziło we wcześniejszych przekonaniach to, to że Bóg nigdy nie przychodzi do nas w rzeczach ogromnych i spektakularnych (choć czasem i takie mają miejsce), tylko w drobnostkach, które czasami ciężko jest nam zauważać. Na koniec chciałabym przytoczyć słowa piosenki, które moim zdaniem idealnie ukazują myśl tej książki: „W lekkim powiewie przychodzisz do mnie Panie. Nie przez wicher ogromny i nie przez ogień, ale w lekkim powiewie przychodzisz do mnie, w lekkim powiewie nawiedzasz duszę mą”.

niedziela, 8 maja 2016

Z życia szkoły [6] - Obfity w wydarzenia tydzień

Dotyczy to oczywiście tegorocznych maturzystów (czy też, jak kto woli, absolwentów) – klasy pierwsze i drugie cieszyły się wyjątkowo długą, bo aż tygodniową, przerwą. Co w tym czasie robili nasi starsi koledzy?
W ostatni piątek kwietnia uroczyście, oficjalnie i ostatecznie pożegnali się ze szkołą (tu należy doliczyć część znajomych z klasy, sale szkolne i oczywiście nauczycieli). Po Mszy Świętej, już w holu szkoły, wywoływano najbardziej zasłużonych już-nie-uczniów. Z kolei świadectwa ukończenia szkoły średniej otrzymali tradycyjnie w salach, w których uczyli się przez ostatnie trzy lata. Po raz pierwszy opuszczali więc mury LOZP jako absolwenci. To jednak nie koniec – jak wiemy, tuż po Święcie Pracy, Dniu Flagi Rzeczpospolitej oraz Święcie Konstytucji nadeszły matury.
Był to dopiero pierwszy tydzień składania egzaminu dojrzałości, ale chyba nigdy później nie będzie pisało go naraz tylu uczniów. Przypomnijmy: język polski (podstawowy i – dla chętnych – rozszerzony), matematyka (podstawowa) oraz język angielski (na dwóch poziomach). Część uczniów zapewne bardziej przejmuje się tym, co będą zdawać w najbliższych tygodniach – przedmioty kierunkowe oraz egzaminy ustne wiodą prym w majowej kartce z kalendarza. Nam, młodszym uczniom, nie pozostaje nic innego jak powiedzieć – powodzenia, wiemy i wierzymy, że sobie poradzicie. Życzymy Wam też dobrze spędzonego życia, zaledwie rozpoczętego egzaminem dojrzałości.
Ciekawe, kto korzystał z rozdanych 29 kwietnia przez Ojca Dyrektora licealnych długopisów?
Zuzanna Ruszar

Te, co budowały - recenzja

Nawet klasy z rozszerzoną historią niewiele o nich wiedzą – w końcu zwykle opowiada się tylko o władcach, rzadko o ich żonach.