piątek, 16 stycznia 2015

Ubranie czy wnętrze?

W XXI wieku wielu z nas gdy poznaje nowych ludzi, najbardziej zwraca uwagę na wygląd. Czy słusznie? Niestety nie! Zawartość portfela, bądź markowe ubrania mają zdecydować o naszej znajomości z daną osobą? Najważniejsze jest wnętrze drugiego człowieka. Jego osobowość, zasady jakimi kieruje się w życiu. Osoby, które są wykształcone, bądź bogate duchowo, a mają mniej pieniędzy mogą być bardziej wartościowe niż Ci którzy mają ich przesyt. Dzisiejsze społeczeństwo, za autorytet uważa popularnych celebrytów, którzy często propagują stwierdzenie, iż pieniądz może zdziałać cuda. Niestety jest to bardzo podstępne kłamstwo, na które głównie nastolatkowie dają się nabrać. Kiedyś, pewien bogacz zapytał starsze, ubogie, małżeństwo czy nie przeszkadza im brak pieniędzy i przyjemności. Wyjaśnili, że najważniejsze jest to, iż mają siebie oraz małe miejsce na Ziemi w postaci jednorodzinnego domku. Bardzo piękne słowa. Szkoda, tylko, że takich ludzi jest coraz mniej. To małżeństwo jest godne podziwu i szacunku. Zachęcam do brania przykładu i własnej metamorfozy! 

Maria Lusina

XVIII Dzień Judaizmu w Kościele, czyli o wrażliwości chrześcijańskiej…


​Już po raz osiemnasty będziemy w przeddzień tygodnia modlitw o jedność chrześcijan obchodzić dzień judaizmu w Kościele katolickim. 
​Jako chrześcijanie sięgamy do Biblii, zarówno Nowego i Starego Testamentu. Żydów nazywamy braćmi w wierze. Co jednak o nich wiemy? Czy nie posługujemy się zbyt często stereotypami, które niewiele mają wspólnego z prawdą? 
​Stosunkowo niedawno czytałem wspomnienia krakowskich Żydów, którzy przeżyli Holokaust i po wojnie wyemigrowali do Izraela. Przez bardzo długi czas nie mogli przyjechać do Polski. Dopiero zmiany, jakie nastąpiły po 1989 roku umożliwiły takie podróże. 
Wspominała jedna z osób, dla których Kraków byłmiastem dzieciństwa, miastem wspaniałym, miastem, do którego wracała w snach. Po roku 1989 roku postanowiła przyjechać do Krakowa, by pokazać swoim dzieciom i wnukom miasto, w którym się urodziła, mieszkała, chodziła do szkoły i na studia. Pojechała na Podgórze, gdzie był jej rodzinny dom. Na kamienicy, w której było jej mieszkanie, zobaczyła napis: Żydzi do gazu”. Przeżyła szok. Wspomina: ja widziałam, jak przez tą bramę wyprowadzają ludzi do obozu, do gazu…



W nas te napisy na ścianach domów nie wywołują takich reakcji. Nie mamy tego doświadczenia Shoah, jakie bardzo często mają ci nieliczni, którzy przeżyli czas Zagłady. Ale może warto zapytać o naszą wrażliwość. Przecież jako katolicy chodzimy do kościoła, słuchamy słów Biblii, sami po nią sięgamy, modlimy się psalmami. A jednocześnie nie reagujemy na tego typu słowa, które wciąż można znaleźć na ścianach domów, bloków, kamienic: Żydzi do gazu, Juderaus… Zapytam zatem nas wierzących: Jezus też do gazu? Apostołowie i Matka Boża także raus? Wszak byli Żydami…
Bardzo wielu Żydów utożsamiało się z Polską. To oni, mimo dnia szabatu, 18 maja 1935 r. wylegli tłumnie na ulice Krakowa, by pożegnać marszałka Józefa Piłsudskiego. Brali udział w kampanii wrześniowej. Później znaleźli się także wśród żołnierzy II Korpusu. Niektórzy mają swoje groby pod Monte Casino, w Loreto czy Bolonii. 
Tegoroczny dzień judaizmu w Kościele ma swój szczególny wymiar – 27 stycznia obchodzić będziemy 70-rocznicę wyzwolenia obozu KL Auschwitz – Birkenau. Może warto zadbać o pamięć i wrażliwość, co jest w zasięgu naszych możliwości…

​​​​​
o. Edward SP


środa, 14 stycznia 2015

W mackach szaleństwa

     Z Lovecraftem zetknąłem się wiele razy. Nieświadomie. Nawiązania do jego twórczości można znaleźć często w horrorach, ale również w dziełach o zgoła innej tematyce, takich jak serial komediowy „South Park”. Wywarł on duży wpływ na współczesną kulturę.

Zagadkowe życie Howarda Philipsa Lovecrafta w niczym nie ustępuje autorom, takim jak Edgar Allan Poe czy Lewis Caroll. Urodzony w 1890 roku  w Providence (USA), w mieście, z którym związany był całe życie i wielokrotnie odwoływał się do niego w swoich dziełach. Nierzadko umieszczał je jako tło wydarzeń, a niekiedy przez rozległe opisy, w moim odczuciu,  czynił je bohaterem swoich opowiadań. W wieku trzech lat przyszły pisarz opowiadań grozy potrafił recytować poezję, a w wieku sześciu zaczął pisać wiersze. Jego ojciec popadł w psychozę, a dziadek wprowadził go do świata fikcji opowiadając mu własne historie. Często chorował, przez co rzadko uczęszczał do szkoły. Cierpiał na parasomnię  – lęki i koszmary senne, w których dominowały, jak sam opisywał „wychudzone zmory nocne”. Po śmierci dziadka jego rodzina zbankrutowała.


                                     Howard Phillips Lovecraft

W późniejszych latach wyjechał do Nowego Yorku, gdzie poznał swoją żonę,  lecz potęgująca się różnica charakterów doprowadziła do rozpadu związku. Często określany jako ''Pustelnik z Providence'' – nie utrzymywał kontaktów z ludźmi, ograniczał się do korespondencji z innymi pisarzami, takimi jak Robert E. Howard. Przez całe życie borykał się z problemami finansowymi, a na stare lata wrócił do swego rodzinnego miasta, gdzie powstały jego najwybitniejsze dzieła. Umarł na raka w wieku 47 lat. Był rasistą, chociaż jego stosunek do innych kultur złagodniał pod koniec życia, wskutek odbytych podróży.

Nietrudno wywnioskować - H.P Lovecraft był postacią nietuzinkową i niebanalną podobnie, jak jego twórczość. Znajomość życiorysu autora pomaga w zrozumieniu jego dzieł, ponieważ wiele zdarzeń z życia ma bezpośrednie przełożenie na jego opowiadania. Przykładem może być „ Koszmar w Red Hook". Opowiadanie inspirowane jest prawdziwymi wydarzeniami; autor po wyjeździe do Chicago nie mógł pogodzić się z faktem, że dzieli mieszkanie z bezrobotnymi imigrantami.


                                    Ctulhu - czołowa postać z mitologii H.P.L

Pierwsze co ujęło mnie w twórczości pisarza to niesamowicie długie i rozbudowane opisy. W „Przypadku Charlesa Dextera Warda” zachwyt nad architekturą jego rodzinnego miasta Providence nie miał końca. Każda kamienica, balkon czy widok przywodziły autorowi na myśl  refleksję, którą ubierał w rozbudowane zdania. Zabieg ten nie daje odpocząć wyobraźni i tworzy niepowtarzalny klimat pojawiający się w każdym opowiadaniu. Podobne odczucia towarzyszyły mi m.in. podczas lektury „W Górach Szaleństwa”. Autor przeznacza całe strony na opis odczuć towarzyszących odkryciu zaginionego miasta na Antarktydzie. Narasta uczucie mroku i niepokoju, podczas gdy akcja posuwa się bardzo powoli. Lovecraftowi nigdy się nie spieszy. Przywiązanie do detali i szczegółów to jedna z jego cech charakterystycznych.

Z czego znany jest pisarz? Głównie z mitologii Ctulhu. Autor zbudował swoje uniwersum od podstaw, w sposób zaplanowany i konsekwentny. Dokładne opisy starożytnych istot i zapomnianych rytuałów dalej rozpalają wyobraźnie ludzi, co widać m.in. w filmach ("Dagon","Zew Ctulhu","Zza światów").Potwory i przedstawione monstra są wyraźnie inspirowane prozą autora.

   H.P Lovecraft jest bez dwóch zdań autorem wyjątkowym. Biorąc pod uwagę jego życiorys można dojść do wniosku, że opisywane zdarzenia, gdzieś już miały miejsce. Mam wrażenie że nie tworzył on „pod publikę”, a jedynie starał się oddać to co kołatało się w jego pokręconym umyśle.

Bartosz Oleszko-Pyka

Ignacy Blumer - część 1

Niedoszły król Florydy, pirat, wolnomularz, wojskowy, generał wojsk Królestwa Polskiego,  oficer Legionów Polskich, uczestnik wojny roku 1792 i wojny w obronie konstytucji 3-ego maja – Ignacy Aleksander Blumer.

Rodzina Blumerów, a właściwie O’Blumerów wywodziła się ze starej irlandzkiej szlachty.  Pewien   angielski pułkownik  artylerii, wywodzący się z tegoż zacnego rodu, postanowił przejść na służbę do wojska rosyjskiego – działo się to za czasów cara Piotra I Wielkiego – jako instruktor. Tak oto O’Blummerowie wyjechali na wschód Europy, w międzyczasie zmieniając nazwisko na Blumer. 

Przenieśmy się do trochę późniejszego okresu, w którym syn owego carskiego instruktora – Piotr – osiadły już na polskiej ziemi i ożenił się z Anielą , z domu Szawrońską. Owocem ich miłości stał się Ignacy Aleksander urodzony na Podolu, roku pańskiego 1773 dnia 31 lipca. Tak oto na świat przyszedł przyszły oficer, generał i wielki wojownik. 

Nauki pobierał w domu – pomińmy jednak tę część życia naszego bohatera i przenieśmy się trochę dalej w czasie – do dnia, w którym podpisano  pierwszą w Europie, a drugą na świecie Konstytucję. Kiedy uchwalono Konstytucję 3 maja – ustawę regulującą ustrój prawny w Rzeczpospolitej Obojga Narodów – niespełna 18-letni Ignacy Aleksander Blummer zaciągał się do 1 wołyńskiej Brygady Kawalerii Narodowej. I to  po tym, jak przedarł się przez ówczesną granicę galicyjską. W tejże jednostce jako kawalerzysta przetrwał kampanię roku  1792 - walczył w bitwach pod Zieleńcami (17 VI), Dubienką (18 VII), Markuszowem (26 VII).  Rok 1793 dla młodego żołnierza mógł być rozczarowujący. Wiosną Blumer wraz z brygadą został wcielony do wojska rosyjskiego.  W  1794 roku, na wieść o wybuchu powstania pod wodzą Kościuszki w służbie Franciszka  Wyszkowskiego przebił się z Podola, w Lubelskie, po drodze gromiąc oddziały kozackie. Następnie przedostał się do Warszawy, gdzie wstąpił do służby w ułanach królewskich . Ostatecznie trafił  do 1. Pułku Straży Przedniej.  Tam też dosłużył się stopnia porucznika i został ranny w nogę.

Po upadku insurekcji kościuszkowskiej Blumer znalazł schronienie w Krzywaczce.  Była to niewielka wieś położona niedaleko Kalwarii Zebrzydowskiej. Stamtąd z panami Kazimierzem Tańskim i  Julianem Sierawskim udał się do Lwowa, skąd przedostał się na Wołoszczyznę gdzie stanął w opozycji do Joachima Deniski. Tu też rozeszły się drogi dotychczasowych towarzyszy podróży młodziana – Julian Sierawski poparł Deniskę i wziął udział w powstaniu. Joachim Mokosiej Denisko był wołyńskim szlachcicem stojącym na czele insurekcji Deniski, zakończonej sromotną klęską.

Wiosną 1797 roku znalazł się w Konstantynopolu, skąd na jesieni wypłynął do Genui, by dotrzeć tam listopadzie. W dniu św. Mikołaja  w Mediolanie zgłosił się do Legionów Polskich i 3 marca następnego roku został podporucznikiem I batalionu 2 Legii, by błyskawicznie awansować, po dziesięciu dniach postąpić na porucznika. Jego kariera szybko się rozwijała, a on sam szybko awansował. Brał udział w bitwach  Już 26 marca 1799 - gdy na polu nieszczęsnej bitwy pod Legnago trupy pięciu tysięcy francuskich i polskich regimentów, niedawno jeszcze próbujące obejść prawe skrzydło austriackie,  jeszcze stygły - został mianowany na kapitana przez generała Montrichera. Ranny w bitwie niewiele nacieszył się nowym stopniem, bowiem został wzięty w niewolę austriacką, tam podał się za francuskiego oficera. Był przetrzymywany w Ratyzbonie, gdzie często musiał się upominać o losy jeńców nękanych przez bezlitosnego austriackiego komendanta więzienia.

Po powrocie z niewoli został mianowany  dnia 9 marca 1800 roku na kapitana trzeciej klasy IV batalionu Legii Włoskiej. Po grudniowej reorganizacji w 1801 trafił do I batalionu 2. Półbrygady Liniowej Polskiej z którą też, wraz z generałem  Karolem Wiktorem Leclerkiem, wyruszył na ekspedycję, na San Domingo w 1802 roku. Miał wziąć udział w strasznych walkach, gdzie o wiele groźniejsze były komary roznoszące żółtą febrę, niż murzyńskie kule. Jednak kapitanowi Blumerowi zdrowie zawsze dopisywało, zresztą nic dziwnego – ponoć miał mieć około 190 cm i był bardzo silnym człowiekiem – nie chorował, nie brał urlopu i sumiennie wywiązywał się  ze swych obowiązków, zawsze znajdując się przy swoim oddziale. Jednak taki stan rzeczy trwał niedługo, bo 27 marca 1803 w trakcie ciężkiej, wyczerpującej walki w wąwozie Kay, dopadłsa go  żółta febra. Dzięki swej słusznej posturze szybko zwalczył chorobę następnie przejął dowództwo  nad niewielkim oddziałem ozdrowieńców w szpitalu w Jeremie.

Wsławił się wybitnie w trakcie ewakuacji okręgu Jereme – do której doszło w lipcu 1803 roku.  Bezpiecznie poprowadził 112 rekonwalescentów ze szpitala przez pięć kilometrów do innego posterunku w Trou Bonbon, po ataku kilu tysięcy Murzynów (źródła mówią o około 5 tysiącach). Za ten wyczyn generał Fressinet mianował Polaka podpułkownikiem.

Świeżo mianowany podpułkownik zebrał grupę Polaków chcących wracać do domu i wypłynął, w pierwszej kolejności na Kubę. Wyprawa została szybko przerwana , gdy bryg HMS "Racoon" zatrzymał okręt. Blumerowi udało się – zasłonił się przynależnością do masonerii – został puszczony wolno. Następnie przez jakiś czas pływał i niczym pirat łupił angielskie okręty.  Podobnie postąpili kpt. Kobylański, czy por. Lux – koledzy Blumera po fachu.

Dalsze losy naszego rodaka przerodziła się w romantyczną i egzotyczną przygodę, kiedy to statek płynący do Ameryki Północnej z nim na pokładzie, ścigany przez angielski okręt rozbił się u wybrzeży Florydy. Towarzysze niedoli i rozbitkowie namawiali go, by założył kolonie a sam został jej królem. Nic z tych niezwykłych planów nie wynikło,  obowiązki wzywały i Ignacy musiał wracać skąd przybył – do Polski.

Bartłomiej Małczyński

Czy na pewno komercyjne święto? – Walentynki pod lupą

Co roku coraz więcej ludzi 14 lutego uznaje Walentynki, czyli święto zakochanych.Jego nazwa wywodzi się od św. Walentego, którego wspomnienie liturgiczne w Kościele katolickim obchodzone jest dokładnie tego dnia.
Zwyczajowo ludzie wysyłają sobie wtedy listy zawierające wyznania miłosne (często pisane wierszem). Na Zachodzie, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, czczono św. Walentego jako patrona zakochanych. Dzień 14 lutego stał się więc okazją do obdarowywania się drobnymi upominkami – stąd właśnie wzięły się  Walentynki.

Dlaczego zwyczajne święto, które ma przypominać ludziom, jak ważna jest miłość, może spotykać się z dezaprobatą? Czy ludzie nie chcą być otaczani miłością? Odpowiedź na te pytania jest bardzo prosta. Zdarza się bowiem tak, że ten dzień bywa szczególnie trudny dla ludzi samotnych, nieszczęśliwych. Ich wcale nie cieszy to, że zakochane pary często w miejscach publicznych okazują sobie czułość i miłość. Wiadomo, że kocha się przez cały rok, a nie jednego dnia. Zakochani z uśmiechem spędzają go wspólnie, obdarowują się prezentami, gdyż dla nich ten dzień jest wyjątkowy – przeznaczony tylko dla nich. Nie narzekają na zalew reklam w telewizji dotyczących przedmiotów, które mogą sprawić swojej drugiej połówce. 14 lutego sami mogą wybrać co robić i jak spędzać czas ze swoją ukochaną osobą.

Ludzie samotni, single niezadowoleni ze swojego życia, nie chcą, by przypominano im o ich niedoli. Wolą sami użalać się nad swoim nieszczęściem. Dlatego, by nie czuć się porzuconymi w „psychicznym dołku” przepełnionym nienawiścią, atakują coś, co ich nie dotyczy, by przerzucić swoją zgryzotę na obcych. Wtedy opowiadają, że „walentynki to zagraniczne święto, nie powinno się ich obchodzić, są nastawione wyłącznie na pieniądze!” Tylko dlatego, że pewien człowiek tak uważa, nie oznacza, że jest to ogólnie uznawana prawda. Trzeba o tym pamiętać. Oczywiście, nie można odrzucić możliwości, że sklepikarze też starają się swoje zarobić, ale czy na pewno jest to jedyna idea tego dnia?

Walentynki pozostaną walentynkami, świętem zakochanych, podczas którego mogą wyrazić swoje uczucie na każdy sposób i co więcej – są do tego motywowani. Nie musimy patrzyć na nie ze zgryzotą, tylko dlatego, że nie obchodzimy ich w ten sam sposób, co inni.


Barbara Wesely

wtorek, 6 stycznia 2015

Powrót do świata, którego już nie ma…


         Przełom listopada i grudnia. Instytut Yad Vashem. Seminarium poświęcone Zagładzie. Ktoś mógłby powiedzieć – seminarium o śmierci. Z pewnością też, bo trudno pozostać obojętnym wobec ogromu Shoah. Ale ten ogrom, rozmiar Zagłady zaczyna przemawiać, kiedy przestaje się widzieć liczby, statystyki, kiedy przestaje się mówić o tonach włosów, stosach walizek i protez… Ogrom Shoah zaczyna mówić, kiedy otrzymuje konkretną ludzką twarz – oblicze, którego już nie ma… Kiedy otrzymuje imię, nazwisko, które chciano zastąpić numerem… Kiedy otrzymuje kolor oczu, włosów, ton głosu…     

          Dlatego tak naprawdę seminarium o Zagładzie to spotkanie się z życiem, spotkanie ze
światem, którego nie ma, ale żyje w ludzkiej pamięci. To powrót do świata, który wyglądał i mógłby wyglądać inaczej… To także inne spojrzenie na Kraków, Warszawę i wiele innych miast, miasteczek i wiosek, które wraz z Zagładą na zawsze utraciły swój klimat… Powrót do świata rabinów, cadyków, chasydów i zwyczajnych ludzi… Świata, którego już nie ma… To pytanie o to, jak to było możliwe?

To wreszcie dotykanie ran wciąż żywych, dotykanie blizn, które może już nie bolą, ale
jednak pamiętają, dotykanie bólu, który wciąż jest obecny i żywy…To doświadczenie, że Ci, którzy od wczesnego średniowiecza zamieszkiwali na polskich ziemiach, byli inni, ale byli u siebie i wspólnie dzielili polskie losy, którzy Polskę nazywali Polin (tutaj spocznij), nagle w XX wieku stali się obcymi… A dla obcych nie było już miejsca… Kiedy inny staje się obcym otwiera się przestrzeń przyzwolenia na Zagładę… Shoah to nie tylko zniszczenie obcych, ale także zniszczenie całej cywilizacji, która rozwijała się w Europie i promieniowała… Bo inny stał się obcy…

o. Edward SP

Wywiad


Pan Alojzy Żółkiewski powiedział kiedyś „Łatwiej niektórym książkę napisać, niż drugim ją przeczytać”. Skąd jednak czytelnicy mają wiedzieć, które pozycje są warte przeczytania, a które lepiej omijać szerokim łukiem? Jak mamy odnaleźć się w tym gąszczu półek i setkach tytułów? Z pomocą przychodzą nam ludzie, dla których książki są pasją. Nazywamy ich „booktuberami” lub zwyczajnie blogerami książkowymi.

https://www.youtube.com/user/wiecejksiazkow
Daria z „Więcej książków” jest jedną z Nich. Młoda, wesoła, szalenie uzdolniona, zachęca nas, młodzież do czytania. Każda jej recenzja jest unikatowa, a filmy dopracowane w każdym calu. Efekty zaangażowania i ciężkiej pracy wkładane w prowadzenie kanału, są widoczne w liczbie subskrypcji, która sięga prawie 2000 oraz w liczbie fanów na Facebooku, ponad 1200 „lajków”.
W rozmowie zdradza nam kulisy pracy BookTubera, opowiada o swoich własnych doświadczeniach i radzi, jak można zacząć recenzować książki w internecie. Oczywiście nie mogło zabraknąć też pytań dotyczących  treści książek.
                                                                
                                                                     
                                            Zapraszam i życzę miłej lektury.


Blogowanie, vlogowanie, prawo jazdy, klasa maturalna, jak udaje Ci się to wszystko połączyć?
Szczerze? Sama nie mam pojęcia. Staram się trzymać ustalonego planu – to chyba mój klucz. Aczkolwiek bardzo często zdarza się, że czas, szkoła i sprawy bieżące wchodzą mi w paradę, co czasami widać na moim blogu, czy kanale YouTube. Nieraz szkoła cierpiała z powodu vlogów, a vlogi z powodu szkoły. Wciąż szukam swojego „złotego środka” w tym szaleństwie.

Skąd w ogóle wziął się pomysł na prowadzenie kanału, na YouTubie?
Pomysł chodził mi po głowie od dłuższego czasu. Z YouTubem miałam styczność wcześniej, a montowanie filmów nie było mi obce. Z początku pisanie wydawało mi się łatwiejsze, wygodniejsze. Pisałam kiedy chciałam, jak chciałam. Z czasem stwierdziłam jednak, że chcę być zauważona, chcę mówić o książkach i widzieć reakcję, móc wdawać się w dyskusje, a YouTube stwarza do tego wspaniałe możliwości. No i na filmie widać mnie taką jaka jestem – moje poczucie humoru, moje gesty, głos, zachowanie, a to znacznie bardziej szczere niż kilka słów na ekranie komputera. Chciałam stać się realną osobą, nie tylko zlepkiem liter w cyberprzestrzeni.

Nie bałaś się, że  nie uda Ci się znaleźć odbiorców Twoich filmów?
Jasne, takie ryzyko istniało – wciąż istnieje. Mam świadomość, że to, co robię, nie jest wieczne i możliwe, że kiedyś mi się znudzi. Bałam się reakcji na moją osobę i moje zdanie – internauci potrafią być naprawdę dosadni w swoich osądach. Wiedziałam jednak, że osób, które mówiłyby o książkach jest niewiele w Polsce, choć niejeden szuka miejsca, by dać upust swoim emocjom po lekturze. To chyba mnie przekonało, że musi być miejsce dla tych, którzy kochają czytać.

Jakie są plusy i minusy  umieszczania filmików na You Tube?
Plusem jest zdecydowanie odzew, jaki otrzymuję. Komentarze i wiadomości prywatne są przepełnione miłymi słowami, których nigdy się nie spodziewałam. Wiele osób mi dziękuje, poleca książki, traktujemy się jak dobrzy znajomi – to jest niesamowite, jak bardzo potrafimy być dla siebie życzliwi, kiedy coś nas łączy. Miło zobaczyć pozytywną stronę Internetu, a jeszcze lepiej jest wiedzieć, że nie jest się samym w swoim „szaleństwie”.

Do minusów, choć jest ich niewiele, mogę zaliczyć nakład pracy, jaki w to wchodzi. Przygotowanie jednego materiału zajmuje mnóstwo czasu, który mogłabym lepiej spożytkować – nagrać coś jeszcze, zmontować. Chciałabym być bardziej systematyczna w tym, co robię, ale w paradę wchodzi mi złośliwość rzeczy martwych – komputer, transfer, polityka YouTube. Nie podoba mi się również to, co aktualnie dziele się na tej platformie, która początkowo miała być miejscem równego traktowania, a powoli przeradza się w internetową telewizję z celebrytami, bardzo trudno jest się wybić.


Jak zareagowali Twoi znajomi, gdy zobaczyli Cię w internecie?
Hmm, ciekawe pytanie. Różnie – większość reakcji była pozytywna. Jestem wdzięczna moim przyjaciołom za doping jaki otrzymałam, widzę, jak cieszą się z moich sukcesów, choć nie dotykają ich w żadnym stopniu. Było paru niedowiarków, parę osób z nastawieniem prześmiewczym. Obecnie jest to nasz osobisty kawał – często jestem cytowana w klasie, krążą anegdotki, z których wszyscy się śmiejemy. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego przyjęcia tego, kim jestem i co lubię.

https://www.youtube.com/user/wiecejksiazkow



Czy masz jakąś radę dla osób, które też chciałyby nagrywać i udostępniać filmiki w internecie?
Nie od razu Rzym zbudowano. Wiele osób na YouTube stawia na jakość wideo – lustrzanki, oświetlenie, mikrofony, tło. Jeżeli masz coś ważnego do powiedzenia, nie bój się tego, jak to wypadnie. W dzisiejszych czasach wszystko może stać się twoim sprzętem do nagrywania – telefon komórkowy, kamerka internetowa czy zwykły aparat cyfrowy. Rób to, co kochasz, a nie to, czego oczekują od ciebie inni. I nie przejmuj się negatywnymi komentarzami – nie każdemu możesz w życiu dogodzić. Najważniejsze, by wciąż posuwać się do przodu!

Jak uważasz, czy książki mogą nas czegoś nauczyć, nawet te „mniej wartościowe”?
Oczywiście. Weźmy na przykład serię Darów Anioła Cassandry Clare. Są to powieści dla młodzieży – niezbyt wymagające, tekst nie objawia nam mistycznej prawdy, ale to nie znaczy, że książka jest bezwartościowa. Nigdy nie poznałabym tak bardzo mitologii różnych kultur i łacińskich sentencji ,gdyby nie te książki. To zjawisko pojawia się w wielu młodzieżówkach. Posunę się nawet do stwierdzenia, że i złe książki są w stanie nas czegoś nauczyć, chociażby tego, co omijać szerokim łukiem. Nie trzeba czytać Encyklopedii by stać się mądrym – wystarczy myśleć podczas lektury, uruchomić wyobraźnię – to już jest wystarczająca lekcja, nie patrzeć powierzchownie.

Jesteś zwolenniczką tradycyjnych książek, czy  może preferujesz e-booki?
Lubię i te, i te. Obie wersje mają swój urok. Papier pięknie pachnie, można w nim podkreślać, odznaczać, skakać po tekście, kolekcjonować. E-booki są bardziej mobilne, nie zajmują tyle miejsca, świetnie sprawdzają się w podróży, choć nie tworzą takiego efektu jak książki papierowe. Jestem szczęśliwą posiadaczką i czytnika, i półek pełnych książek i ani jednego, ani drugiego bym nie oddała.


Czy jest jakiś tytuł, który mogłabyś polecić lub szczerze odradzić swoim rówieśnikom?
Do polecania jest za dużo. Ale istnieje jeden tytuł, który szczerze odradzam, a jest to „Coś do stracenia” Cory Carmack, które przyszło mi recenzować. Książka jest bezwartościowa, przepełniona dziwnymi schematami moralnymi, a główna bohaterka gra na nerwach czytelnikowi. Szkoda na to czasu i cierpliwości.

Czy masz ulubionego bohatera książkowego, z którym mogłabyś się zaprzyjaźnić w realnym świecie?
Oj, wielu. Często podobają mi się postacie, których odwzorowania spotykam w codziennym życiu – w moich przyjaciołach, znajomych, rodzinie. Jeżeli miałabym szukać bohaterek podobnych do mnie, to byłaby to Celaena ze Szklanego tronu i Tessa z trylogii Diabelskich Maszyn, choć bardzo chętnie zaprzyjaźniłabym się z Dorianem Havirialdem i Williamem Herondalem – to mój typ przyjaciela, osobowości, którą lubię. Przekorna, lekko ironiczna. ;)

Ostatnie pytanie dotyczy świąt. Jaki jest wymarzony prezent, który mógłby znaleźć się pod Twoją choinką?
https://www.youtube.com/user/wiecejksiazkow
Regał na książki. Szczególnie jeden, bardzo popularny z sieci sklepów Ikea. Ale to tylko pobożne życzenia. Miło byłoby dostać jakąś książkę, bo rodzina zazwyczaj mnie nimi nie obdarowuje, może „Mistrza i Małgorzatę”, „Służące” czy „Wyznaję”. Tak, to by był fantastyczny prezent na święta!







Kinga Kaźmierczyk